niedziela, 9 września 2012

Bo w tym cały sens istnienia, żeby umieć żyć

Ok.. Muszę to jakoś ogarnąć wszystko, ale nie wiem od czego mam zacząć... No to może od początku zacznę. Tak będzie najlepiej. Wiedziałam już, że jest źle. Poszłam spać, jak zwykle zresztą, 30 sierpnia. Obudziłam się coś koło północy. Chyba 5 minut przed, może odrobinkę później. Na dole było głośno. Poszłam do łazienki, uczesałam się żeby jakoś wyglądać i miałam zejść na dół, ale coś mnie zatrzymało. Cały czas patrzyłam w okno. Usłyszałam jak tata dzwoni przez telefon. Później przyjechał lekarz. Zdziwiło mnie, że nie karetką tylko prywatnym samochodem, ale ok. Potem usłyszałam ciocię i wujka i drugiego wujka... Położyłam się z powrotem. Wiedziałam, że coś się dzieje, ale nie wiedziałam co. Z dziadziem było już coraz gorzej. Zaczął wymiotować. Nowotwór zatkał drogi żółciowe, dostał po raz kolejny żółtaczki mechanicznej i nic nie dało się zrobić. Nic czyli po prostu nie dało się odprowadzić tej żółci. Położyłam się do łóżka i myślę, no nic, czekam. Na dół nie zeszłam jednak choć byłam gotowa. Tylko iść. Za jakieś 10 minut słyszę, że drzwi na górę otworzyły się. Weszła babcia i tata i usłyszałam "budzić Marlenkę?". Powiedziałam, że nie śpię. Odpowiedź była krótka. Dziadziu zmarł. Zmarł jakieś 5-10 minut po północy. Wiedziałam, że to stanie się nie długo, a już napewno wiedziałam, że tak będzie, ale jednak nie da się z tym pogodzić. Tata przed pierwszą zadzwonił jeszcze do babci Teresy, żeby wujek poszedł rano załatwić, zawiadomić zakład pogrzebowy i zamówić pogrzeb. Przesiedzieliśmy już do rana. Dowiedziałam się, że tata już od marca wiedział, że dziadziowi zostało tylko kilka miesięcy życia. Najpierw miałam pretensje, że nam tego nie powiedział, ale później stwierdziłam, że w sumie co by to dało? A tak to przynajmniej przez pół roku nie myślałam o tym i nie musiałam przed dziadziem udawać, że wszystko gra. Rano musiałam zejść na dół, żeby przynieść płatki. Nie miałam ochoty nic jeść, ale "musisz coś jeść i koniec!" -,- Tata zapytał, czy chcę widzieć dziadzia. Nie chciałam. Uciekłam na górę i tam praktycznie przesiedziałam aż do 18. Rano o siódmej, a nawet przed siódmą, babcia Teresa zadzwoniła, że już jest wszystko zamówione i, że tata już tylko musi jechać wybrać trumnę no i pozałatwiać sprawy z księdzem itd. Przyjechał wujek Józek. Za niedługo przyjechał pan W. z zakładu pogrzebowego z trumną. Najgorszy był dla mnie widok trumny i pierwszego wieńca... Wieczorem o 18 był różaniec. Ludzie się poschodzili. Nie weszłam do pokoju. Stałam w drzwiach w korytarzu i nie weszłam dalej. Nie mogłam, nie dałam rady. Stałam razem z Pawłem i Michałem w korytarzu. Oczywiście słowa "wyrazy współczucia" i "przyjmij moje kondolencje" do dziś brzmią mi w uszach.Nie mogłam już tego słuchać w sumie. "Tak mi przykro, tak mi przykro..." Tak, mi też jest przykro i to jeszcze bardziej, więc naprawdę doceniałam każdą osobę, która po prostu weszła. Nic nie mówiła. Weszła i była. Później długo stałam na polu z wujkiem Zbyszkiem i tatą. Babcia, ciocia Ewa i ciocia Danka siedziały w pokoju u dziadzia. Wujek powiedział, że dziadziu był się z nim pożegnać. Wujek obudził się w nocy leżał chwilkę i chwilę później mówił, że zobaczył coś takiego białego. Za chwilę to znikło. Popatrzył na zegarek i było 9 minut po północy. Prawie wtedy, kiedy dziadziu zmarł! Ja wujkowi wierzę, a zresztą nie zmyślałby... Ja wierzę, że zmarli przychodzą się pożegnać. A dziadziu wujka Zbyszka bardzo lubił. Wreszcie wujek wygonił mnie, żebym poszła po kurtkę, bo było zimno. Poszłam i nie wzięłam tej kurtki. Minęłam jeden próg. Widziałam już dobrze trumnę, ale jeszcze nie stałam w pokoju. Minęłam drugi, weszłam. Tata i babcia później zdziwili się, że weszłam, ale ja musiałam. Musiałam się pożegnać. Nie podeszłam jednak do trumny. Nawet nie uklękłam, żeby zmówić pacierz. Znając życie gdybym uklękła już bym nie wstała, bo nie miałabym siły. Usiadłam na krześle obok cioci i siedziałyśmy tak chwilę.
Pogrzeb odbył się na drugi dzień. W sumie dobrze. dziadziu był po tym wszystkim opuchnięty. Nie było na co czekać. Ponieważ dziadziu należał do Ochotniczej Straży Pożarnej, trumnę nieśli strażacy. Przy wychodzeniu z domu wyły syreny strażackie i przy wkładaniu go do grobu również. Był sztandar naszego OSP z czarną wstęgą, warta strażacka i kościół pełen ludzi. Obok karawanu szli strażacy w mundurach. Na trumnę przybili czapkę strażacką ze złotym Orzełkiem, a do grobu włożyli pas strażacki. Konwój pogrzebowy zamykał i otwierał wóz strażacki. Pogrzeb miał piękny...
Po pogrzebie zrobiło się całkiem inaczej. Dziadziu jest na cmentarzu, a przed oczami został mi jego obraz, kiedy jeszcze żył. Choć wydaje mi się, że to było tak dawno... Teraz już śmieję się, spotykam ze znajomymi. Żyję, bo trzeba żyć dalej. Dziadziu już przynajmniej się nie męczy, jest w lepszym świecie razem ze swoimi bliskimi, których nie widział od ich śmierci. Jest też razem z moją mamą i dziadziem Władziem... Dalej JEST, tylko gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie go spotkam, kiedy przyjdzie na to odpowiedni czas... Każdy w końcu kiedyś umrzeć musi. Nikt nie jest wieczny...

W niedziele 2 września byłam z Jasią na mszy w lesie na cmentarzu z II wojny światowej. Po pogrzebie został też u nas na kilka dni wujek Władek (brat dziadzia) z ciotką Wandą. Wanda uczyła mnie komputera i co to jest internet (taaa, jak ja to wiedziałam, to ona nawet nie wiedziała jak komputer wygląda) i ogólnie trochę mnie wkurzała, ale jakoś przeżyłam. Wujek opowiadał o wojnie, więc było git. :)

I od poniedziałku zaczęła się szkoła. Fajna klasa, fajna szkoła. Ogólnie jak narazie jest super. :D Tylko Maciek wcale nie jest taki fajny, aaale no... Nie on jeden w klasie jest. xD Fascynacja nim mi już przeszła, bo nie jest jej wart. Doszła do nas do klasy w piątek Magda - kuzynka Sławka. Lubię ją, więc jest miło, fajnie i przyjemnie. --, Do tego równie szybko złapałam kontakt z Kingą, Karoliną, Karoliną nr 2, Agnieszką i Agatą (nawiasem mówiąc Agata jak dla mnie czasem jest wkurzająca. Szczególnie jak przeżywa wszystko w taki sposób, że o ludzie święci...) Szymon to Wietnamczyk (jego tata jest z Wietnamu), a Oliver to Niemiec. Przyjechał do Polski gdy miał 3 lata. :) I w ten oto sposób zagadka się rozwiązała. xD Tylko ta nasza wychowawczyni... Mother of God! wielbicielka wszelkiego rodzaju zielonego badylstwa (kwiatki, w większości kaktusy), których ja osobiście nie cierpię, nie zachwycam się tym, nie ma w tym dla mnie nic pięknego (no poza różami). No ok, jak kwitną to są ładne, ale w kaktusach to ja już na serio nic nie widzę. -,- Jak powiedziała, że będziemy musieli się tym zajmować to mnie zemdliło. Przy mnie wszystkie kwiatki usychają także adios badyle. ;x
Oliverze - ośmiel się, odezwij, bo dobrze się zapowiadasz. <3 
Mam jedną małą pretensję do mojego gimnazjum. Zamiast niemieckiego miałam rosyjski i teraz mi się to odbija. Muszę nadrobić niemca. Świetnie... Jutro mam pierwsze kółko wyrównawcze (i to na wfie ;/)... Życzcie mi powodzenia i żebym choć trochę załapała tego niemca (na koniec chcę dopa!). Dobrze, że moja klasa jest tempa językowo, a ja dość języki kumam, więc... xD No i mamy fajną babę od niemieckiego, to jakoś powinnam to przetrwać. :D

Zapoznałam się ostatnio z takim jednym Wojtkiem. Fajny, miły, sympatyczny i ładny, ale nic z tego nie będzie albowiem okazało się, że jednak nie wyleczyłam się z Andrzeja. We środę wyszłam ze szkoły, idę do er busa i słyszę za sobą "Hej Marlena!". Odwracam się, patrzę, a ty Andrzejek mój. <3 Mówię wam, zaciesz miałam niesamowity, on zresztą też miał uśmiech na twarzy cały czas. Później napisał do mnie (od razu jak się zrobiłam dostępną, sam!!!) na gg i dostałam ochrzan, że nie byłam na żadnym ognisku na wakacjach i, że mu się beze mnie nudziło. Musiałam mu obiecać, że na następnym ognisku będę już napewno, bo on czuje konieczna potrzebę, żeby ze mną rozmawiać. Powiedział też, że ma nadzieję, że znajdę dla niego od czasu do czasu czas na spotkanie na mieście. xD Strasznie mi się ten pomysł podoba. <3 Przepraszał mnie też, że nie był na pogrzebie, ale dowiedział się, że mój dziadziu nie żyje dopiero w niedzielę (czyli już po pogrzebie) i, że gdyby tylko wiedział choćby godzinkę przed pogrzebem, to by przyszedł. I później jeszcze raz mnie przepraszał i mówił, że koniecznie się musimy spotkać, bo on sobie innego wyjścia nie wyobraża. Ja go jednak uwielbiam. Jest taaaki kochany... <333

W sobotę mam iść na ognisko urodzinowe Agi i Kaśki. Mam nadzieję, że to wypali. Niby tata musi mnie odwieźć i przywieźć, ale no musi się zgodzić i innej opcji nie ma!

Na Sowę jest foch na zawsze i jeden dzień dłużej. Nic. Ani "cześć" ani nic! Bardzo dziękuję, że po tych wszystkich latach ma mnie za nic. -,- Jeszcze tego pożałuje!!

I jeszcze jedna ciekawostka z serii science fiction/horror. Poszłyśmy się przejść (to chyba było w poniedziałek) z Jasią, Agnieszką, Kamilą i psem Agnieszki - Maxem. Idziemy, idziemy i dziewczyny stwierdziły, że wyruszymy na las (już i tak byłyśmy na leśniczówce) i właśnie lasem odprowadzą mnie do domu. Miałyśmy wyjść koło S., ale wyszłyśmy koło Z., no ale to nieistotne. Idziemy, idziemy i tam w takim pewnym miejscu było powalone drzewo. Ominęłyśmy to drzewo, a właściwie "przeczołgałyśmy" się pod nim i poszłyśmy dalej. Ważną informacją dla dalszego opowiadania jest to, że NIC i NIKT koło niego nie leżał/był/stał/siedział/szedł ect.Odprowadziły mnie, wyszłyśmy z lasu no i ja poszłam do siebie, a one się wróciły. Minęło może 10 minut zanim znów znalazły się koło tego drzewa. I suprise, obok drzewa, a nawet w części pod drzewem leżał facet! Schludnie ubrany. One w szoku, amoku uciekły. Nie wiedziały czy gość jest pijany, czy może nie żyje nawet (mogło go to drzewo przywalić). Jasi to nie dawało spokoju i na drugi dzień poszła zobaczyć, czy ten gość dalej tam jest. Nikogo nie było. 1) pijak, ale co, nagle znikąd się pojawił w 5-10 minut? 2) duch. Okay, nie wierzę teoretycznie w duchy, ale praktycznie to nigdy nic nie wiadomo. Jedno jest pewne - nigdy tam więcej nie pójdziemy. Amen.

9 komentarzy:

  1. Zapraszam na nową notkę http://jusinks.blogspot.com
    (całkiem niedawno blog istniał pod adresem diary-justysia.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nowy post na love--graphic.blogspot.com przepraszam,że nie odpowiadam na Twoje komentarze,niestety nie mam czasu:( Ale możesz mnie informowac,jak tylko będę mogła,nadrobię zaległości.Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Eh tak to już w życiu jest. Najważniejsze by mieć ludzi, którzy nie opuszczą cię w trudnych chwilach. ;)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zapraszam na nową notkę http://jusinks.blogspot.com
    (całkiem niedawno blog istniał pod adresem diary-justysia.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapraszam na nową notkę http://jusinks.blogspot.com
    Ps.
    Super, że Ci się podoba nowa szkoła i nowa klasa. Cieszę się, że powoli się z nimi zżywasz.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapraszam na nowy post : ) http://jusinks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Nowy post na http://love--graphic.blogspot.com/ zapraszam!<3.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zapraszam na nową notkę : ) http://jusinks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Nowy post na love--graphic.blogspot.com zapraszam:)

    OdpowiedzUsuń